Opowieść o inspiracji, którą znajdujesz tam, gdzie najmniej się tego spodziewasz.

Wierzę, że posiadanie psa wzbogaca. Daje on niezwykle szeroką paletę wszelkich pozytywnych doznań. Wydawać by się mogło, że to tylko zwierzę, z pewną ograniczoną pulą środków wyrazu. Ale to nie jest prawda. Weźmy dla przykładu psie oczy. Nie wiem, czy w ludzkich da się aż tak wiele wyczytać. Z jednej strony, rozmiękczająca cię do cna ufność i radość, gdy zabierasz go na spacer. Z drugiej, przenikliwe rozczarowanie i zawód, gdy zabierasz go do weterynarza.

Pies jest także kluczem otwierającym drzwi okazjom, które bez psa, pewnie nigdy w twoim życiu by się nie pojawiły. Nie mówię tu o banalnych historiach typu „poznałem ją na spacerze, gdy nasze psy się wąchały”. Wprawdzie one bez psa, również nigdy by się nie wydarzyły. Ale ja mam na myśli coś trochę innego. Coś, co pomimo upływu czternastu lat, wciąż siedzi we mnie jak wbijający się coraz głębiej cierń, nie pozwalający zapomnieć o pewnym niezłomnym bezdomnym.

Spotkanie

Pierwszy raz spotkałem go… W sumie nie wiem, kiedy po raz pierwszy go spotkałem. Ale na pewno wiem, że zacząłem go zauważać jesienią. Spotykałem go regularnie, rano i wieczorem, wtedy gdy zabierałem mojego psa na spacer. Rano koło godziny 6:30, wieczorem zazwyczaj koło 20:00. Robił obchód po wszystkich osiedlowych śmietnikach. Czternaście lat temu, nie były one jak dzisiaj zamykane, każdy miał do nich dostęp. Dla opisywanego bezdomnego, były terenem jego pracy. Miejscem, w którym znajdował rzeczy, które pozwalały mu przetrwać do następnego dnia.

Lekcja pierwsza

Pierwszy raz rozmawialiśmy, gdy zapytał mnie kiedyś, dlaczego wyrzucam butelki, te które miałem w reklamówce. W pierwszej chwili nie zrozumiałem o co mu chodzi, no przecież to są butelki po piwie, co mam niby z nimi zrobić. Powiedział, że teraz to on musi je wyciągać z kubła, a wystarczyłoby, żebym je po prostu postawił na ziemi. Łatwiej by mu było.

Zapytał też, czemu wyrzucam, skoro mógłbym je oddać w sklepie, pewnie na następne piwo by wystarczyło. Ale „w sumie to dla mnie lepiej, bo sam sprzedam i trochę grosza wpadnie” – powiedział. Mi zaś zrobiło się głupio. Nieważne czy kwota jest duża czy mała, pieniądze trzeba szanować i zacząłem się zastanawiać, ile już ich w życiu wyrzuciłem ich do śmietnika.

Lekcja druga

Spotykaliśmy się regularnie przez dobrych kilka miesięcy. Zawsze rano, zawsze wieczorem, zawsze z ciągniętym z tyłu małym wózkiem, do którego trafiały wygrzebane ze śmietników przedmioty. To on nauczył mnie segregowania śmieci, gdy czternaście lat temu jeszcze nikt o tym nie słyszał.

Zawsze miałem pod zlewem dwie siatki. Jedną na butelki, drugą na puszki. Obie sukcesywnie wypełniane, by raz w tygodniu zanieść na dół i zgodnie z jego życzeniem położyć obok śmietnika. Unikałem wręczania ich osobiście, bo zawsze miałem jakiś rodzaj obawy, czy nie będzie to niegrzeczne. Dla mnie śmieci, dla niego środki do przeżycia.

Lekcja trzecia

Ilekroć się spotykaliśmy, mówiliśmy sobie dzień dobry. Czasem pytał mnie o psa, jakby szukał pretekstu, żeby chwilę pogadać. Zawsze wtedy starałem się znaleźć czas na krótką rozmowę. Podczas jednej z takich pogawędek zrozumiałem, że to, co z mojej perspektywy jest grzebaniem w śmietnikach, dla niego jest pracą. Zajęciem wymagającym wielkiej regularności i samodyscypliny, w której nie można sobie pozwolić na jeden choćby dzień przerwy. Bo każdego dnia walczy się o środki na przetrwanie kolejnego.

Lekcja czwarta

Ja pracowałem od ósmej do czwartej, od poniedziałku do piątku. Jego spotykałem zarówno rano jak i wieczorem, każdego dnia tygodnia. Nieważne jaka była pora roku, ciepło czy zimno, jasno czy ciemno, słonecznie czy deszczowo. Zawsze był w pracy. Nie brał zwolnień, nie marnował czasu. Zawsze był przygotowany, ze wszystkimi potrzebnymi narzędziami pracy: wózkiem, pogrzebaczem i latarką. Niedościgniony wzór dla wielu ludzi, z którymi codziennie spotykam się w zawodowym życiu. Pracownik roku.

Wagary

W lipcu pojechałem na dwutygodniowe wakacje. Gdy wróciłem, razem z psem zaczęliśmy odwiedzać stare rewiry. My byliśmy tak jak wcześniej, zgodnie z przedurlopową rutyną. Ale jego już nie było. Dzień, dwa, tydzień. Potem miesiąc. Po prostu go nie było. Już nigdy.

Nieodrobione zadanie

Co jakiś czas, przez te wszystkie czternaście lat, powracają uporczywie pytania. Pierwsza ich grupa to pytania, na które już nigdy nie poznam odpowiedzi. Kim był ten człowiek? Jak miał na imię? Dlaczego był bezdomny? Co się z nim stało?

Często zastanawiam się też, czy taka twarda jak jego postawa, kształtuje się pod wpływem przeciwności losu, na skutek dociśnięcia do ściany? Czy też może takie cechy charakteru trzeba mieć już wcześniej i to właśnie dzięki nim ma się później siłę by przetrwać?

Trzecia grupa to pytania, na które mam wielką nadzieję znaleźć kiedyś odpowiedzi. Wciąż nie mogę zrozumieć jak to się stało, że do dzisiaj ich nie znam. To takie dwa, proste, zwykłe pytania. Dlaczego nigdy nie zapytałem jak niezłomny bezdomny ma na imię? Dlaczego nigdy nie zaproponowałem mu jakiejkolwiek pomocy?

Czternaście lat, dwa dręczące pytania i jeden wehikuł czasu. Nieosiągalnie potrzebny, bym mógł zamknąć natrętnie otwarty rozdział.

 

Jeśli spodobał Ci się ten artykuł, to zapisz się na mojego newslettera. Będę Cię w nim informował o kolejnych opublikowanych wpisach.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany